Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą romans. Pokaż wszystkie posty

Maybe Someday - Colleen Hoover




Tytuł: Maybe Someday
Tytuł oryginalny: Maybe Someday
Autor: Colleen Hoover
Tłumaczenie: Piotr Grzegorzewski
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 440
Moja ocena: 10/10


OPIS Z OKŁADKI

On, Ridge, gra na gitarze tak, że porusza każdego. Ale jego utworom brakuje jednego: tekstów. Gdy zauważa dziewczynę z sąsiedztwa śpiewającą do jego muzyki, postanawia ją bliżej poznać.
Ona, Sydney, ma poukładane życie: studiuje, pracuje, jest w stabilnym związku. Wszystko to rozpada się na kawałki w ciągu kilku godzin.
Wkrótce tych dwoje odkryje, że razem mogą stworzyć coś wyjątkowego. Dowiedzą się także, jak łatwo złamać czyjeś serce…
"Maybe Someday" to opowieść o ludziach rozdartych między „może kiedyś” a „właśnie teraz”, o emocjach ukrytych między słowami i o muzyce, którą czuje się całym ciałem.

~~~~

Czy kiedykolwiek spotkało Was (z pozoru powszechnie znane) uczucie całkowitego zacofania w literackim świecie? Kiedy blogosfera wprost pękała od przesytu pięknej, metaforycznej polszczyzny, wyrażającej bezgraniczny zachwyt nad daną pozycją, która swoją premierą miała niespełna kilka dni temu, mimo tego wszyscy wokół zdążyli już pochłonąć jej treść? Mało tego, była to powieść autorki, której nazwisko znał każdy książkoholik, preferujący gatunek New Adult. Coraz większa ilość osób zagłębiała się w lekturze, coraz więcej pojawiało się opinii na temat Maybe Someday. A ja nieświadomie wkręciłam się w irracjonalną rutynę komentowania wszystkich tych recenzji jednym, góra dwoma zdaniami. Wyrażałam w nich przeważnie mój żal, że książka wciąż nie zagościła na mojej półce, i szczęście, że czytelniczce się spodobała. Żeby stworzyć do tego sztuczną objętość, biadoliłam odnośnie mojego blogerskiego refleksu i niezdolności rozpoczęcia znajomości z nowym autorem - zwłaszcza tak (nie)poczytalnym jak Collen Hoover. Cóż, teraz siedzę przed ekranem i przygotowywuję mój umysł do napisania podsumowania mojego debiutu z tą autorką, a że jestem totalną amatorką; mogę wyidealizować i momentami otrzeć się o egzaltację, z tym wyjątkiem, że wszystko jest absolutnie szczere. ;)

,,W angielskim alfabecie jest tylko dwadzieścia sześć liter. Można by pomyśleć, że z tyloma literami niewiele można zrobić. Można by pomyśleć, że kiedy wymiesza się je i połączy w słowa, mogą one wywołać tylko ograniczoną liczbę uczuć. A jednak tych uczuć może być nieskończenie wiele i ta piosenka jest dowodem na to. Nigdy nie zrozumiem, w jaki sposób kilka prostych słów połączonych ze sobą może kogoś zmienić, a jednak ten utwór i jego słowa całkowicie mnie odmieniają. Czuję się tak, jakby "może kiedyś" zamieniło się we "właśnie teraz."

Ridge i Sydney są dwojgiem ludzi doskonale stworzonymi dla siebie nawzajem. Połączeni tą samą wrażliwością i głęboką miłością do muzyki tworzą razem idealną kompozycję. No, może z wyjątkiem tego, że każdy z nich zaangażowany jest w poważny, szczęśliwy związek z drugą połówką. Nigdy nie powinni byli się spotkać. Tymbardziej nie powinni byli dopuścić do rozpalenia jakiejkolwiek iskry pożądania między sobą. Jednak brnąc coraz bardziej w ich relację, nasuwało się pytanie, czy uczucie, przed którym tak bezwzględnie usiłowali uciec, kiedykolwiek było od nich zależne? Czy choć przez chwilę udało im się objąć władzę nad silnym, stanowczym sercem?

,,Nauczyłem się jednak, że sercu nie można nakazać, kiedy, kogo i jak ma pokochać. Serce robi, co chce. Od nas zależy najwyżej to, czy pozwolimy naszemu życiu i głowie dogonić serce.''

Bohaterowie Maybe Someday oficjalnie stali się moją osobistą literacką śmietanką w swoim gatunku, bo oprócz kibicowania Sydney i Ridge'owi, bluzgania w kierunku Tori i Huntera, wysyłania sygnałów zrozumienia w stronę Maggie, skręcałam się także ze śmiechu. To głównie zasługa Bridgette i Warrena, którzy swoją świetnością zasłużyli sobie na własną powieść (tak też się stało - Maybe Not). Forma narracji była strzałem w dziesiątkę i często potęgowała kotłujące się wewnątrz mnie emocje. Znając myśli obojga głównych bohaterów, moja frustracja sięgała zenitu - pragnienie połączenia ich, a jednocześnie bezsilność spowodowana świadomością, że nie do końca jest to właściwe. Mimo tego, Hoover nie zrobiła tam dramatu; pociągała za sznurki w sposób racjonalny i stonowany. Dała odpowiednią ilość czasu, wyjaśniła niedomówienia i zakończyła tę historię z nutą niebanalnego romantyzmu, zaspokajając tym sposobem pragnienia wszystkich czytelników.

,,Jestem pewien, że ludzie napotykają na swojej drodze osoby, które do nich idealnie pasują. Niektórzy nazywają je pokrewnymi duszami. Inni- prawdziwymi miłościami. Są tacy, którzy uważają, że człowiek może spotkać w życiu więcej niż jedną taką osobę.. Zaczynam wierzyć, że to prawda.''

W Polsce pani Hoover z pewnością posiada wierną rzeszę fanów, którzy jej twórczość opisują jako niezwykle... intensywną. Pełną niebanalnych historii, które choć wydają się nierzeczywiste, są tak prawdziwe dla odbiorcy. Kontrowersyjne charaktery, emocjonalne opisy i wewnętrzna walka tuż obok bohaterów - bo autorka kreuje je bardzo intuicyjnie i ludzko, tak że sam czytelnik musi zmierzyć się z rozterkami targającymi książkowe postacie. Pozornie wydawałoby się, że fabułę, którą tworzy Hoover można porównać do tak zwanego odgrzewanego kotleta, bo przecież większość wariantów charakterystycznych dla romansu już wykorzystano. A jednak, jej umiejętność nadawania blasku czemuś, co już dawno mogłoby zostać uznane za całkowicie bezbarwne, doceniono przez czytelników niemal na całym świecie, a polscy fani odetchnęli z ulgą, gdy wydawnictwo oświadczyło o zamiarze wydania w języku polskim wszystkich książek autorki. W moich najbliższych czytelniczych planach priorytetem jest oczywiście nadrobienie zaległości, bo kiedy już dowiedziałam się, ile mnie ominęło, pojawił się ogromny niedysot. Zdominowało go jedynie jeszcze większe podekscytowanie, które do tej pory przyjemnie daje o sobie znać. ;)

Podaruj mi miłość. 12 świątecznych opowiadań - zebrała Stephanie Perkins


Tytuł: Podaruj mi miłość. 12 świątecznych opowiadań
Tytuł oryginalny: My True Love Gave To Me
Autorzy: Holly Black, Ally Carter, Matt de la Pena, Gayle Forman, Jenny Han, David Levithan, Kelly Link, Myra McEntire, Stephanie Perkins, Rainbow Rowell, Laini Taylor, Kiersten While
Tłumaczenie: Małgorzata Kafel
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 427
Moja ocena: 6 / 10

                                                         OPIS Z OKŁADKI

Znana piosenkarka udaje kogoś innego, by uciec przed sławą. Skazany na prace społeczne młodociany przestępca musi wziąć udział w przygotowaniach do jasełek i zakochuje się
w najbardziej nieodpowiedniej dla niego osobie. Dziewczyna adoptowana przez Świętego Mikołaja zastanawia się, czy dla miłości jest gotowa opuścić krainę elfów...

Nieważne, skąd pochodzisz, czy jesteś elfem czy zagubionym w świecie dorosłym nastolatkiem - uwierz w magię świąt! A jeśli nie uwierzysz, czy to oznacza, że ona nie istnieje?

~~~~

Trzymam w dłoni to przepiękne wydanie Podaruj mi miłość i jestem nieco zniesmaczona faktem, że tym razem nie podzielę zachwytu tak dużej ilości osób, tylko postaram się ubrać
w słowa moje ogromne rozczarowanie tą lekturą. Koncepcja była naprawdę obiecująca- wydawnictwo zadbało o przyciągającą uwagę okładkę, zachęcający opis, ozdobne detale i... na tym bym się zatrzymała. 

Nie jest tak, że Podaruj mi miłość jest w moim oczach zupełnie skreślona, że nie mam zamiaru już nigdy do niej powrócić, a na samą myśl o tej książce skręca mnie w żołądku - kilka historii naprawdę mi się spodobało. Dzięki nim byłam w stanie wczuć się w zimowy klimat, zatęsknić za magią świąt, pomarudzić trochę na temat pogody (śniegu, gdzie jesteś?), ale oprócz tego autorzy nie podarowali mi jakichś niesamowitych emocji, nie znalazłam tutaj tego, czego szukałam. A moje wymagania były bardzo wygórowane, bo odkąd wydawnictwo zapowiedziało premierę książki, słyszałam o niej dosłownie wszędzie. Plus te kilka popularnych nazwisk, które z pewnością przyczyniły się do jej fenomenu. Proszę się teraz przyznać: kto sięgnął po tę pozycję tylko ze względu na chociażby jednego autora? Osobiście byłam niezmiernie ciekawa, jak wypadli tutaj np. Gayle Forman, Rainbow Rowell czy David Levithan. Cóż, pozostanę przy mojej sympati do książek, z których zasłynęli, bo krótkie nowelki ich autorstwa były dla mnie rozczarowaniem. 

Przez pierwsze dni książkowa blogosfera wprost pękała od przesytu pozytywnych recenzji, które gromadziła pozycja, dopiero później zauważyłam uwagi na temat schematyczności, przewidywalności, przesłodzenia. Z jednej strony można rzec, że przecież właśnie o to w tym wszystkim chodzi - kto nie chciałby zatopić się w lekki, niezobowiązujący romans z nieuniknio-
nym happy end'em w mroźny, grudniowy wieczór. Jeżeli nie liczyłeś na nic więcej - będziesz usatysfakcjonowany, mógłbyś nawet wychwalać tę powieść pod niebiosa i wciskać ją wszystkim swoim znajomym. I nie byłoby w tym nic złego, bo przecież spełniła Twoje oczekiwania- okazała się idealną przedświąteczną lekturą, jakiej szukałeś. Jeżeli jednak liczyłeś na coś bardziej górnolotnego, robiącego wrażenie, to tegoroczna "perełka" nie wzniesie Cię na wyżyny czytelniczej ekstazy. 

Zawsze podziwiałam autorów rozwiniętych trylogii czy serii za pomysłowość, wytrwałość, umiejętność wykreowania postaci, którzy na przestrzeni czasu przeżywają swoje własne metamorfozy. Z jednej strony uwielbiam serie, być może ze względu na pewien niesmak, który zostaje ze mną po skończeniu jakiejś rewelacyjnej jednotomówki - pragnienie kontynuacji jest czasami tak wielkie, że posuwamy się do stworzenia fanfiction - własnego wyobrażenia dalszych losów bohaterów. Jakiś czas później zaczęłam darzyć respektem autorów, którzy potrafili stworzyć fantastyczną opowieść i jednocześnie wydać ją w postaci pojedynczej książki. Uświadomiłam sobie, że wbrew pozorom tworzenie trylogii i serii daje nam większe pole do popisu - możemy pozwolić sobie na przydługawe opisy, obszerniejsze dialogi, nakreślenie wyraźniejszych charakterów. W powieściach jednotomowych musimy się "streszczać". Zatem autorzy Podaruj mi miłość mieli podwójnie utrudnione zadanie - w końcu musieli ograniczyć swoją historię do zaledwie kilkudziesięciu stron. Każdy z nich poradził sobie z tym na swój sposób, ale oklaski należą się wszystkim, bo zakończenia wypadły naprawdę nieźle. Zdawali sobie sprawę z tego, że w tego typu nowelkach ostatnie zdania odgrywają istotną rolę, mogą decydować nawet o postrzeganiu całości opowiadania i zadbali o to, aby czytelnik na końcu mimowolnie się uśmiechnął.

Jako że książka wręcz ocieka słodyczą i romantyzmem, bohaterowie często byli przerysowani, a życie, które wiedli odbiegało od rzeczywistości, z którą spotykamy się na co dzień. Zauważalna była również pewna schematyczność, o której wspominałam na początku, ale
w tym przypadku trudno o wątek miłosny bez szczęśliwego zakończenia. Czytając pierwsze strony właściwie miałam zwizualizowane w głowie następstwa sytuacji, w której dwoje uziemionych ludzi spotyka się podczas wielkiej śnieżycy (telefony, komórki, Internet nie wchodzą w grę) i spędza ze sobą te kilka godzin. Brnęłam przez kolejne rozdziały i doszukiwa-
łam się coraz więcej podobnych aspektów charakterystycznych dla typowych młodzieżowych romansów. Z jednej strony moje rozczarowanie wciąż się pogłębiało, a z drugiej próbowałam uświadomić sobie samej, że gdybym nie znalazła tych wyżej wymienionych elementów, to byłaby już inna książka. Podobnie jak w przypadku Gwiazd naszych wina, nauczyłam się, żeby na wszelki wypadek podchodzić do tego typu pozycji z rezerwą - i tego będę się trzymała. 

P.S. Jak podoba Wam się nowy wygląd bloga? :) 

30. Lauren Oliver - Delirium

Tytuł: Delirium
Tytuł oryginalny: Delirium
Autor: Lauren Oliver
Tłumaczenie: Monika Bukowska
Wydawnictwo: Otwarte
Ilość stron: 360
Moja ocena: 8 / 10

OPIS Z OKŁADKI
,,Mówili, że bez [miłości] będę szczęśliwa.
Mówili, że będę bezpieczna.
I zawsze im wierzyłam. Do dziś.
Teraz wszystko się zmieniło.
Teraz wolę zachorować i kochać choćby przez ułamek sekundy,
niż żyć setki lat w kłamstwie''.

Dawniej wierzono, że [miłość] jest najważniejszą rzeczą pod słońcem.
W imię [miłości] ludzie byli w stanie zrobić wszystko, nawet zabić.
Potem wynaleziono lekarstwo na [miłość]...

Czy gdyby miłość była chorobą, chciałbyś się wyleczyć?


~~~~

No właśnie. Czy gdyby miłość była chorobą, chciałbyś się wyleczyć? 
Zastanawiałam się nad odpowiedzią na to pytanie w chwili, w której trzymałam książkę po raz pierwszy 
w księgarni, rozmyślając nad jej kupnem. Zastanawiałam się, rozpoczynając lekturę. Zastanawiałam się również 
w środku akcji, kiedy przybyły nowe, silne argumenty, którymi mogłabym się kierować. I zastanawiam się teraz, kiedy już dawno skończyłam czytać. Miałam mnóstwo czasu, żeby podjąć decyzję, a gdy przyszedł odpowiedni moment na napisanie konstruktywnej recenzji... Szczerze? Nie mam pojęcia.
,,Ten, kto skacze do nieba, może upaść, to prawda. 
Ale może też poszybować w górę."
Zacznę bardzo nietypowo, bo na początku chciałabym przedstawić Wam Hanę, przyjaciółkę głównej bohaterki. Już w pierwszych rozdziałach zaprezentowała się jako pogodna, wzbudzająca sympatię i pełna uroku dziewczyna. Przyciągała samym wyglądem; wysoka, wysportowana, o promiennym uśmiechu z dołeczkami i włosach mieniących się na różne odcienie złota w blasku słońca. Najchętniej porównałabym ją do wiosennego promyczka, taką energią emanowała. W przeciwieństwie do Leny była entuzjastką dobrej zabawy i nie przestrzegała zasad. Lubię takich bohaterów - zbuntowanych, barwnych. Zdawała sobie sprawę, że coś jest nie tak i była gotowa to zmienić, ale była też zmuszona otaczać się osobami, którzy gasili jej zapał.
To nie ona decydowała o tym, że żyje w takim, a nie innym środowisku. Wpływ osób z zewnątrz był nieunikniony. Od dzieciństwa wpajano jej reguły, a Hanie nie pozostało nic, żeby za nimi ślepo podążać. W pewnym sensie to dobrze, żywiołowe usposobienie nie zawsze szło w parze z podejmowaniem istotnych decyzji, działała impulsywnie i chwilami bezmyślnie. Mimo tego byłam w stanie ją zrozumieć. Osobiście nie przepadam za monotonią,  więc prawdopodobnie dzięki temu tak mocno się z nią związałam. 

,,Życie nie jest życiem, jeśli się przez nie tylko prześlizgniesz. 
Wiem, że jego istota polega na tym, by znaleźć rzeczy, które mają znaczenie, 
i trzymać się ich, walczyć o nie i nie odpuścić.''

Poznajcie Lenę Haloway, główną bohaterkę, a zarazem narratorkę oczekującą na dzień swoich osiemnastych urodzin. Nie, nie chodzi tutaj o prezenty i tort, skądże. Dziewczyna w końcu będzie mogła poddać się zabiegowi, który ma na celu zabezpieczenie przed amor deliria nervosa- chorobą zwaną miłością.
Lena początkowo nie do końca pokrywa się z naszym wyobrażeniem bohaterki funkcjonującej w antyutopijnym świecie. Jest rozsądna i posłuszna, całkowicie podporządkowana systemowi. Nie może się doczekać dnia,
w którym lekarstwo rozprzestrzeni się po jej organizmie, a ona sama nie będzie już narażona na złapanie delirii. Bo tego boi się najbardziej. Przedstawia nam swoje środowisko, od początku zapewniając, że jest dobre. Odpowiednie. Oczywiście dziewczyna nie ma żadnego porównania, żyje w miejscu otoczonym murami i wie jedynie to, co wiedzieć powinna. Ludzie wyleczeni są w większości osobami starszymi, zajmującymi określone miejsce w hierarchii społecznej. Z pewnością ustatkowani. Wiodą spokojne życie u boku partnera, który zostaje im przydzielony po zabiegu. Cała reszta to dzieci i młodzież, którzy nie ukończyli jeszcze lat osiemnastu.
Są określani mianem zarażonych. Wszystko jest takie uporządkowane, właściwe. Wydawałoby się, że społeczeństwo funkcjonuje prawidłowo, a jednak zawsze znajdą się błędy w ustroju państwa. W końcu to dystopia, nie może być tak kolorowo. 

,,Niesamowite jak paradoksalnie układa się życie: najpierw bardzo czegoś pragniesz 
i nie możesz się doczekać, a potem, kiedy jest już po wszystkim, marzysz tylko o tym, 
by cofnąć czas i wrócić do dni, gdy wszystko było po staremu.''

A gdzie wątek rebeliantów i walk z organizacją? On też się pojawia, ale jak na pierwszy tom przystało, jest tylko delikatnym szkicem. Końcówka była tak emocjonująca i całkowicie nieprzewidywalna, że podejrzewam, iż te niewielkie, mało istotne dla władz ataki tworzą fundamenty prawdziwego buntu. W Delirium pewne rzeczy wyglądają dla mnie zupełnie inaczej. Oczekiwałam uzbrojonych powstańców, a dostałam Odmieńców - ludzi żyjących w Głuszy, którzy szczerze mówiąc, przypominali mi jakichś zabawnych dzikusów, takich jak Tarzan. 
Nic bardziej mylnego, moi drodzy, ponieważ jest to grupa naprawdę dobrze zorganizowanych, skutecznych aktywistów. Działają niezwykle dogłębnie i efektywnie, a przy tym zupełnie dyskretnie. Jednym z takich Odmieńców jest Alex, przez którego nasza bohaterka zaraża się delirią. Kiedy w życiu Leny pojawił się chłopak (Nie, nie tylko chłopak. Alex!) role znacznie się odwróciły i Lena zaczęła zachowywać się jak Hana. Niby książka "bez miłości", a jednak miłości było dużo. I na tym powinnam skończyć, bo nikt nie chce niepotrzebnych spojlerów. 

,,Chłodne powietrze wchodzi i wychodzi z moich płuc boleśnie, ale to dobry rodzaj bólu:
 ból, którzy przypomina, jak cudownie jest oddychać."

Delirium jest kolejną dystopią, która prócz schematycznych wątków zawiera własne, oryginalne elementy.
Miłość jako choroba? To przecież genialny materiał na powieść. Autorka zdecydowanie miała pomysł na fabułę
i udało jej się wykorzystać swój literacki potencjał. Mam wrażenie, że większą dawkę emocji dostaniemy dopiero w tomie drugim i trzecim, a ten był jedynie przejrzystym wprowadzeniem w świat Leny i Aleksa. Zakończenie wstrząsnęło mną i złamało moje serce na milion drobnych kawałeczków, a od natychmiastowego sięgnięcia po kolejny tom powstrzymał mnie fakt, że muszę najpierw skończyć wszystkie rozpoczęte książki, które utworzyły już dość pokaźny stosik. A Wy czytaliście Delirium? Jak wrażenia? :)


,,Jedną z najdziwniejszych rzeczy w życiu jest to, że będzie ono parło do przodu, ślepe i nieświadome, nawet gdy nasz prywatny świat- nasza mała wykrojona przestrzeń- jest niszczona przez kataklizmy, a nawet się rozpada. Jednego dnia masz rodziców, następnego jesteś sierotą. Dzisiaj znasz swoje miejsce i wiesz, dokąd zmierzasz, jutro błąkasz się po pustkowiu. A słońce nadal wschodzi, chmury płyną na niebie, ludzie chodzą na zakupy, woda szumi w rurach, żaluzje w oknach wędrują w górę i w dół. To właśnie wtedy uświadamiasz sobie, że w tym wszystkim- w życiu, w tym nieubłaganym mechanizmie istnienia- nie chodzi wcale o ciebie. Ono wcale się z tobą nie liczy. Życie będzie się toczyło dalej, nawet kiedy przejdziesz na drugą stronę. 
Nawet po twojej śmierci.''



P.S. W ten ostatni, upalny, wakacyjny dzień chciałabym Wam wszystkim życzyć powodzenia w nowym roku szkolnym. Jeżeli tak jak ja, zaczynacie w zupełnie nowych miejscach, trzymam kciuki podwójnie. ^^ 
Pamiętajcie, że pierwsze miesiące są najważniejsze. Bądźcie ambitni i zaprezentujcie się z jak najlepszej strony, 
a później będzie już z górki. ;) Myślcie optymistycznie, to także ważne. I oczywiście życzę Wam, abyście zawsze znaleźli czas na popołudnie z książką w ręku, we wrześniu zapowiadają się naprawdę kuszące propozycje czytelnicze. :D Trzymajcie się, książkoholicy, wierzę w Was! <3

29. Cecelia Ahern - Love, Rosie

Tytuł: Love, Rosie
Tytuł oryginalny: When Rainbows End
Autor: Cecelia Ahern
Tłumaczenie: Joanna Grabarek
Wydawnictwo: Akurat
Ilość stron: 512
Moja ocena: 9 / 10

OPIS Z OKŁADKI
Rosie i Alex od dzieciństwa są nierozłączni. Życie zadaje im jednak okrutny cios: rodzice Alexa przenoszą się z Irlandii do Ameryki i chłopiec oczywiście jedzie tam razem z nimi. Czy magiczny związek dwojga młodych ludzi przetrwa lata i tysiące kilometrów rozłąki? Czy wielka przyjaźń przerodziłaby się w coś silniejszego, gdyby okoliczności ułożyły się inaczej? Jeżeli los da im jeszcze jedną szansę, czy Rosie i Alex odważą się ją wykorzystać?


~~~~

O Love, Rosie było głośno jakiś czas temu ze względu na ekranizację, która miała swoją premierę w grudniu ubiegłego roku. Wiecie jak to jest, kiedy bardzo chce się przeczytać jakąś książkę, ale cały czas odkłada się to na później, bo zawsze znajdą się pozycje ważniejsze? A lista "chcę przeczytać" zwiększa się nieubłaganie, bo pojawia się coraz to więcej interesujących powieści. Tak było w przypadku tej lektury. Kiedy ją skończyłam, żałowałam jedynie, że sięgnęłam po nią tak późno.

,,Życie jest zabawne, prawda? Kiedy już myślisz, że wszystko sobie poukładałeś, kiedy zaczynasz snuć plany 
i cieszyć się tym, że nareszcie wiesz, w którym kierunku zmierzasz, ścieżki robią się kręte, drogowskazy znikają, wiatr zaczyna wiać we wszystkie strony świata, północ staje się południem, wschód zachodem 
i kompletnie się gubisz. Tak łatwo się zgubić.''

Jestem zachwycona formą przedstawienia fabuły, bo to mocny aspekt świadczący o niezwykłej oryginalności książki. Przeglądając inne recenzje, zwróciłam uwagę, że nie każdemu taki zapis przypadł do gustu, co absolutnie mnie zaskoczyło. Czy tylko dla mnie przyswajanie tekstu okazało się szczególną łatwością?
Pełen podziw dla autorki; idealnie splotła wątki i opisała losy bohaterów, mające miejsce na przestrzeni pięćdziesięciu lat. Cecelia Ahern zdecydowanie zdaje sobie sprawę z wartości tradycyjnych listów. Właśnie w nich zgromadzone są wszystkie uczucia. Dzięki Love, Rosie potrafiłam idealnie wyobrazić sobie osobę, która pisała list. Jej dłoń sunącą po papierze, kreśląc wiadomość w skupieniu lub pośpiechu, łzy skapujące na kartkę, ślady atramentu lub inne pamiątki charakterystyczne dla nadawcy. To właściwie lepsze niż narracja, nie sądzicie? Pisząc do kogoś to co czujemy, działamy w pewien sposób pod wpływem impulsu. Przelewamy tam wszystko, często są to wyznania, których nie wypowiedzielibyśmy komuś prosto w twarz. Tak jak robi się zdjęcia, chcąc zatrzymać daną chwilę na zawsze, ludzie piszą też listy, aby słowa w nich zawarte były wieczne. 


,, Ludzie przychodzą, ludzie odchodzą. Wiemy o tym, ale za każdym razem, gdy się to zdarza, 
jesteśmy zaskoczeni. To jedyna rzecz w naszej egzystencji, której możemy być pewni, 
ale często łamie nam serce.''



Rosie i Alex to prawdopodobnie najlepsi bohaterowie, jakich miałam okazję poznać. Pokochałam ich od pierwszych stron. Tworzą razem parę cudownych przyjaciół. Nie widziałam przyszłości Rosie, w której nie ma Alexa i przyszłości Alexa, w której nie ma Rosie. A jednak, ich życie potoczyło się w taki sposób, że rozłąka
w końcu nastąpiła. Dla czytelnika nie był to ogromny cios, bo przecież żadne z nich nie zniknęło z fabuły.
Pisali do siebie wcześniej jako dzieci, mieszkając zaledwie kilka domów dalej oraz pisali później, kiedy dzieliły ich setki kilometrów. Nam pozostało jedynie gorąco im kibicować, a kiedy kolejne wydarzenie sprawiło, że się od siebie oddalali, naprawdę emocjonalnie to odbieramy, mamy ochotę wręcz krzyknąć: "Jak to?!"
Ich decyzje z pewnością nie zawsze są takie, jakie podjąć powinni, ale w tym ukryta jest istota rzeczy.
To życie nie jest wyidealizowane, jest realne. Bohaterowie biorą udział w historii, z którą mamy okazję spotkać się każdego dnia. Historia niby banalna, a tak piękna i niesztampowa jednocześnie. Autorka wykreowała ich na wzór zwyczajnych ludzi, którzy popełniają błędy i ponoszą konsekwencje, ale są wystarczająco silni, by dążyć do spełnienia swoich marzeń, nawet jeżeli miałoby to trwać kilkadziesiąt lat. Naturalność, którą prezentują, sprawia, że zwyczajnie nie da się ich nie polubić. No, poza tym, przecież chyba każda dziewczyna chciałaby mieć takiego swojego Alexa. ;) Nie da się nie wciągnąć w fabułę, być obojętnym na ich losy. Osobiście nie miałam w planach przeczytać tej książki zaraz po tym, kiedy sympatyczny pan kurier mi ją dostarczył. Zaczęłam wtedy Próby Ognia i miałam wielką ochotę je skończyć, żebym nie było problemu z czytaniem kilku pozycji jednocześnie, bo wiecie, że nie bardzo przepadam za takim rozwiązaniem. (Nie)stety, nie wytrzymałam i zerknęłam na początek pierwszego rozdziału, który wyglądał tak zachęcająco, że błyskawicznie pochłonęłam pierwsze zdania, a później...
Cóż, kiedy zrobiłam sobie krótką przerwę, byłam już w połowie. 

,,Można uciekać i uciekać w nieskończoność, ale prawda jest taka, że wszędzie tam, 
gdzie się zatrzymasz, dopadnie Cię Twoje życie.


Nie potrafię wskazać kilku cech, które w stu procentach byłyby charakterystyczne dla Rosie. 
Jest silną, niezależną kobietą. Z pewnością stanowcza, odpowiedzialna i zrównoważona. W sytuacjach, które tego wymagają, potrafi zachować zimną krew i kieruje się zdrowym rozsądkiem. A jednocześnie jest szalona, zabawna, uparta, impulsywna i momentami mało dojrzała, wtedy przypomina niezdecydowaną nastolatkę. Podoba mi się jej upór w udoskonalaniu samej siebie. Dąży do spełnienia swoich marzeń, równocześnie czekając na okazję, która jej to ułatwi. Nie narzeka przez połowę książki, w jakiej to beznadziejnej sytuacji się znalazła. Zaakceptowała swoje wybory z przeszłości i idzie naprzód. Dobrze, że autorka ubarwiła jej "nudne życie" tak fantastyczną postacią, jaką jest Ruby. Ta kobieta to dopiero potrafi zmotywować człowieka do działania. Płakałam ze śmiechu, czytając ich wiadomości. Każdy z nas potrzebuje takiego czynnika motywującego, który będzie mógł dać nam "porządnego kopa", kiedy sami nie będziemy w stanie odnaleźć w sobie siły. Ruby jest zdecydowanie idealna do tej roli.

Z kolei Alex jest odzwierciedleniem tej drugiej twarzy Rosie. Entuzjasta dobrej zabawy, trudno jest mu usiedzieć w jednym miejscu, nic nie robiąc. W moich oczach mógłby pozostać wiecznym dzieckiem. Byłam przekonana, że niełatwo przyjdzie mu się ustatkować, a tak naprawdę zrobił to szybciej niż jego przyjaciółka. Trudno było mi się przyzwyczaić do Alexa, który ma trzydzieści parę lat, codziennie jest ubrany w garnitur lub koszulę i nosi krawat. Na szczęście, jego osobowość się nie zmieniła. Pozostał lojalnym przyjacielem, rzucał zabawnymi dowcipami i co najważniejsze; nadal robił te same błędy ortograficzne.

Cecelia Ahern dzięki tej powieści zajęła u mnie trwałe miejsce na półce ulubionych autorów, a teraz nie pozostało mi nic innego, jak zapoznać się z jej pozostałą twórczością. Love, Rosie to niezwykle urokliwa opowieść, która pomimo momentów, w których bohaterowie musieli iść pod górkę, ukazuje nam też pozytywne strony różnych życiowych etapów. Podsumowując, jeżeli jeszcze nie przeczytaliście Love, Rosie, wiedzcie, że od teraz Was do tego nominuję. Macie ją na swoich listach Do przeczytania? Bardzo dobrze, zakreślcie ten tytuł jakimś jaskrawym kolorem, żeby prześladował Was za każdym razem, kiedy tam zajrzycie.

,,Teraz już wiem na pewno, że tam, na końcu tęczy, 
czeka mnie spełnienie marzeń."




28. Zoe Sugg - Girl Online

Tytuł: Girl Online
Tytuł oryginalny: Girl Online
Autor: Zoe Sugg
Tłumaczenie: Olga Siara
Wydawnictwo: Insignis
Ilość stron: 368
Moja ocena: 7 / 10

OPIS Z OKŁADKI
Pod nickiem Girl Online Penny dzieli się na blogu najskrytszymi myślami 
o przyjaźni, chłopcach, szkolnych dramatach, swojej szalonej rodzince 
i atakach paniki, które skutecznie komplikują jej życie.
Kiedy sprawy osobiste Penny przybierają naprawdę zły obrót, rodzice zabierają ją do Nowego Jorku. Tam Penny poznaje Noah- przystojnego gitarzystę. Zaczyna się w nim zakochiwać, co szczegółowo opisuje na swoim blogu. Ale Noah też ma pewien sekret. Sekret, który może doprowadzić do ujawnienia tożsamości Girl Online i bezpowrotnie zniszczyć największą przyjaźń Penny.

~~~~


Prawdopodobnie nigdzie nie wspominałam, że YouTube jest jedną ze stron, które odwiedzam codziennie, 
co więcej, spędzam tam naprawdę dużo czasu. Subskrybuję dość znaczną liczbę kanałów, a interesując się tym już ponad dwa lata, poznałam również Zoe Sugg, czyli Zoellę. Napisanie książki przez najpopularniejszą brytyjską vlogerkę, z pewnością wywołało ogromne poruszenie wśród blogerów, vlogerów oraz również nas - książkoholików. Osobiście nie odczuwałam dużej potrzeby przeczytania Girl Online zaraz po premierze. 
Ostatnio zdecydowanie jestem bardziej skłonna sięgać po literaturę z większą dawką akcji, lubię, gdy coś się dzieje. W jaki więc sposób Girl Online w końcu do mnie dotarła? Otóż, moja przyjaciółka zapewniała mnie,
że jest to wspaniała powieść, którą muszę przeczytać, a co za tym idzie - zrecenzować. 

,,Kiedy przy kimś płaczesz, kiedy pokazujesz mu to, co boli cię najbardziej, 
to znaczy, że naprawdę mu ufasz. ''

Penny to zwyczajna szesnastolatka, która została potraktowana nieco stereotypowo. W zamyśle autorki było zapewne, aby z bohaterką utożsamiała się większość nastolatek w jej przedziale wiekowym. Dziewczyna ciągle wpada w tarapaty, codziennie przytrafiają się jej sytuacje, w których najchętniej zapadłaby się pod ziemię, narzeka na swoją urodę, chociaż ja nie pogardziłabym jej wyglądem, a nawet kiedyś marzyłam o kasztanowych lokach. Dodatkowo, ma kochającą rodzinę, genialnego przyjaciela oraz pasję, która sprawia, że Penny odnajduje prawdziwe wsparcie wśród swoich czytelników. 
Mimo tych wszystkich pozytywów, którymi została obdarzona bohaterka, Zoe chciała przede wszystkim udowodnić, że nikt nie ma idealnego życia. Każdy z nas przechodzi przez lepsze i gorsze momenty. Ataki paniki przysparzały Penny nie lada problemów. Jej najlepsza przyjaciółka okazała się zupełnie inną osobą, a jeden incydent wywołał natychmiastowy efekt domina, pociągając za sobą kolejne nieporozumienia. 

,,Ale potem przyszło mi do głowy, że może przyjaźnie przypominają czasem ubrania. 
Kiedy przestaje nam być w nich wygodnie, to nie znaczy, że coś źle zrobiliśmy. 
Mogliśmy po prostu z nich wyrosnąć. "

Historia przedstawiona na kartach powieści nie wyróżnia się oryginalnością, co nie zmienia faktu, 
że momentalnie przez nią przebrnęłam. Czytanie opowieści, która mogłaby się zdarzyć naprawdę, niezwykle ułatwia związanie się z postaciami, wgłębienie się w fabułę. Bohaterowie wręcz emanują realnym ciepłem, to osoby, które zostały nakreślone na wzór prawdziwych ludzi. Wątek dotyczący typowych problemów młodzieży, propaguje zachowanie ostrożności oraz zdrowego rozsądku w Internecie. Nadwrażliwość młodych ludzi udzielających się publicznie na krytykę (podkreślę, że w większości przypadków jest ona zupełnie bezpodstawna) jest coraz częściej spotykana, a w Girl Online mieliśmy okazję poznać to z perspektywy Zoe, która w pewnym sensie identyfikuje się z Penny. Jest też Elliot, jej najlepszy przyjaciel , który zmaga się z brakiem tolerancji ze strony własnych rodziców. Takie drobne, mało podkreślone akcenty, a jednak zauważalne przez odbiorcę, aby mógł doszukać się w nich przesłania.

,,Bo kiedy znajdziesz kogoś, kto lubi was za to, jacy jesteście naprawdę, i kogo wy lubicie za to,
 jaki on jest naprawdę, musicie zrobić wszystko, co w waszej mocy, żeby go nie stracić."

Girl Online jest niezobowiązującą opowieścią na leniwy dzień, którą zdecydowanie można przeczytać "na raz". Urocza okładka niezwykle pasuje do klimatu książki. Estetyka wydania sprawia, że chciałabym zatrzymać na niej wzrok za każdym razem, kiedy ją widzę. Dla mało wymagających czytelników, którzy chcą po prostu miło spędzić czas z sympatyczną lekturą - zdecydowanie tak.

26. Barbara Baraldi - Scarlett

Tytuł: Scarlett
Autor: Barbara Baraldi
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Tłumaczenie: Karina Burchardt
Ilość stron: 336
Moja ocena: 5 / 10

OPIS Z OKŁADKI
Świt zaskakuje nas swym ognistym dotykiem.
Nigdy wcześniej nie dzieliłam z nikim wschodu słońca.
Chciałabym, żeby nasze usta spotkały się w pocałunku.
Później nie bałabym się już niczego.
Mogłabym nawet umrzeć.

Scarlett ma szesnaście lat i właśnie przeprowadziła się do Sieny.
Zostawiła za sobą wakacje, swoją najlepszą przyjaciółkę
i kiełkującą miłość do Matteo. W nowej szkole poznaje Umberto, który od razu okazuje jej zainteresowanie, jednak Scarlett odkrywa, że jej koleżanka z ławki Caterina jest w nim skrycie zakochana. Co wybrać: miłość czy przyjaźń?
Odpowiedź przychodzi sama podczas szkolnego koncertu, kiedy na scenę wchodzi chłopak o oczach jasnych jak lód i ich wzrok spotyka się w tłumie. Mikael, basista zespołu Dead Stones, pojawia się przy niej w najbardziej niespodziewanych momentach, by za chwilę zniknąć, a Scarlett nie potrafi oprzeć się jego magnetycznemu spojrzeniu. Jednak Mikael jest zbyt piękny
i zbyt niezwykły, by mógł być prawdziwy. Tylko Umberto zdaje się znać jego sekret, lecz nie udaje mu się ostrzec Scarlett...
Niedługo potem w szkole ma miejsce niewyjaśnione morderstwo, a Scarlett pada ofiarą przerażającego ducha o płonących oczach.
Kim tak naprawdę jest Mikael? Jej aniołem stróżem, czy prześladującym ją demonem?

~~~~

Naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego od pewnego czasu przez moje ręce przewijają się same mało ambitne lektury z kiepską fabułą i wciąż powtarzającymi się wątkami. Pamiętacie, jak w ostatnim wpisie wspominałam Wam, że udało mi się odwiedzić Tanią książkę?
To jedna z moich zdobyczy, więc w gruncie rzeczy do zakupu zmotywowała mnie atrakcyjna cena. Po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam, że nie żałuję tych dziesięciu złotych, bo chociaż miałam wrażenie, że czytam jakiś gorszy odpowiednik Zmierzchu, nie mogę narzekać na brak przyjemności
z lektury.

 Od czego zacząć? Może od głównej bohaterki, która zalicza się do grona tych irytujących, nieco zbuntowanych nastoletnich charakterów.
Autorka nie poświęciła jej tyle uwagi, ile faktycznie należy się tytułowej postaci, co bez wątpienia przyczyniło się do sposobu, w jaki czytelnik postrzega szesnastoletnią Scarlett. Dziewczyna zachowuje się sztucznie,
jest przerysowana i do znudzenia przewidywalna. Jej problemy są wręcz godne pozazdroszczenia, tymczasem ona uważa się za człowieka tak pokrzywdzonego, iż oczekuje tylko współczucia i łez wylanych nad jej "niedolą". Gdyby nie kilka sytuacji, które stawiają ją w pozytywnym świetle (bo przecież nie możemy nie polubić narratorki) pewnie nie dokończyłabym tej książki. 

Inni bohaterowie również nie grzeszą oryginalnością. Zostali potraktowani bardzo stereotypowo, czego zdecydowanie nie lubię. Umberto, na przykład, był tak natarczywy, że kiedy tylko pojawiał się w polu widzenia, miałam ochotę odłożyć książkę. Caterina symuluje własne nieszczęście, uważając się za prawdziwą męczennicę i przez połowę pozycji ubolewa nad nieodwzajemnianą miłością od wyżej wymienionego chłopca.
Jedynymi postaciami, które wywarły na mnie jakiekolwiek wrażenie, jest fantastyczna trójca; Mikael, Vincent i Ofelia, z tym, że naprawdę polubiłam tylko tę ostatnią. Miała sympatyczne usposobienie, styl i wygląd. Taki dziewczęcy chochlik, oprócz faktu, że chodziła w glanach. Mężczyźni pełnili rolę szkolnych przystojniaków, do których kleiły się dziesiątki, jeśli nie setki uczennic. Mikael, ten czaruś o przenikliwym spojrzeniu oczywiście wpadł w oko również Scarlett i vice versa. W ten sposób utworzył się wątek paranormal romance, nic nowego, taka słabsza wersja Belli i Edwarda.
Co zawsze jest dla mnie zabawne: pani Baraldi przedstawiła główną bohaterkę jako mało atrakcyjną, przeciętną nastolatkę, ubraną w stare, sprane ubrania, z nieokrzesaną fryzurą i tendencją do wpadania w tarapaty,a jednak wzbudziła ona zainteresowanie kogoś takiego jak Mikael.

Dialogi sztywne i przekoloryzowane, często zbyteczne. Dlaczego zamiast od razu przejść do sedna sprawy, koleżanki muszą wymienić kilka bezcelowych zdań, które nic do fabuły nie wnoszą? Taki już chyba nawyk autorki, bo identyczny motyw zauważyłam w różnorodnych opisach.
A gdyby te wszystkie zbędne wyrażenia usunąć, zostałoby nam jedynie jakieś 3/4 książki.

Sytuacje, które zostały tutaj opisane mają tak niefortunny splot okoliczności, że czasem były aż komiczne. Autorka chciała ofiarować nam odrobinę aluzyjności, wprowadzając czarne charaktery i postacie, które do ostatnich stron miały nieuzasadnione intencje, ale całość przedstawiała się raczej bezbarwnie. Styl autorki nie jest wybitny, to raczej ponadprzeciętne opowiadanie gimnazjalisty.

Umiejscowienie akcji we Włoszech było dla mnie nieco dziwne, bo o wiele częściej miałam styczność z amerykańskimi książkami. Na początku nie do końca byłam przekonana do tych włoskich imion, trudno było mi się do nich przyzwyczaić, ale z kolejnymi kilkudziesięcioma stronami było już lepiej.
Podsumowując, nie polecam. Można przeczytać z czystej ciekawości, kiedy już nic ciekawszego w nasze ręce nie trafi.


23. Lauren Kate - Łza


Tytuł: Łza
Tytuł oryginalny: Teardrop
Autor: Lauren Kate
Tłumaczenie: Anna Studniarek
Wydawnictwo: Galeria Książki
Ilość stron: 396
Moja ocena: 7 / 10

OPIS Z OKŁADKI
,,Nigdy, przenigdy nie płacz" -
tego mama nauczyła Eurekę.
Ale teraz matka nie żyje, za to dziewczyna na każdym kroku
natyka się na Andera- wysokiego, bladego, jasnowłosego chłopaka, który wydaje się wiedzieć rzeczy, jakich wiedzieć nie ma prawa, i który ostrzega Eurekę, że jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie... i prawie doprowadza ją do łez. Ander nie zna jednak najmroczniejszej tajemnicy Eureki-
od kiedy jej matka zginęła w niewyjaśnionym wypadku, dziewczyna również pragnie umrzeć. Niewiele jej w życiu pozostało, jedynie stary przyjaciel Brooks i dziwny spadek:medalion, list, tajemniczy kamień i starożytna księga, której nikt nie rozumie. Opisuje niepokojącą historię dziewczyny
o złamanym sercu, której łzy zatopiły cały kontynent.
Eureka wkrótce odkryje, że starożytna opowieść nie jest czystą fantazją
i Ander może mówić prawdę, a w jej życiu kryją się mroczniejsze tajemnice, niż się kiedykolwiek spodziewała...

~~~~

,,Świat łez jest taki tajemniczy''

Wierzycie w syreny? Zaginiony ląd, spoczywający na dnie Oceanu? Dziewczynę, której łzy zatopiły cały kontynent? Łza wprowadzi Was w błogą niepewność, wystawiając na próbę Wasze wcześniejsze przekonania. Sprawi, że to, co do tej pory było nierealne, stanie się całkiem prawdopodobne. Ta książka poruszy Waszą wyobraźnię do granic możliwości. I właśnie tego oczekuję po dobrej pozycji fantasy.
Historia niezwykle oryginalna, tajemnicza, trzymająca w niepewności do ostatnich stron. Na brak akcji nie możemy narzekać, bo chociaż momentami opisy są zbyt długie i monotonne, autorka z każdym kolejnym rozdziałem, stopniowo dawkuje nam nowe informacje, pogłębiając tylko naszą ciekawość i zainteresowanie. Genialna taktyka.

Możemy zauważyć kilka popularnych schematów, które  przewijają  się
w większości młodzieżówek, jak "zła macocha", czy "przyjaciel od kołyski, który zdaje sobie sprawę ze swoich uczuć dopiero wtedy, kiedy pojawia się inny chłopak"- w innym przypadku byłoby to irytujące, ale w porównaniu do tak nietuzinkowej fabuły - są to wątki, które można zupełnie zignorować.

,,Ostatnią rzeczą, jakiej spodziewamy się po innych, 
jest ostatnia rzecz, którą robią, zanim nauczymy się im nie ufać''.

Postać Eureki to duży plus dla powieści. Dobrze wykreowana, lecz przede wszystkim prawdziwa, a nie przerysowana i wyidealizowana. Jest jedną
z niewielu bohaterów, których decyzje i postępowania idealnie wpasowały się w mój tok myślenia. Choć rozchwiana emocjonalnie, potrafiła zachować zimną krew w sytuacjach, które tego wymagały. Nie jest typową postacią literacką, której pojawienie się w normalnym świecie byłoby, krótko mówiąc, nierealne. Eureka jest rzeczywista.

Co do pozostałych, mam mieszane uczucia. Cat, przyjaciółka Eureki, przez większość rozdziałów była nie do zniesienia, a w końcówce miło mnie zaskoczyła. W rezultacie była całkiem w porządku, choć w porównaniu do głównej bohaterki, jest bardziej przekoloryzowana.

Brooks. Ach, Brooks. Przez pierwsze strony bardzo go polubiłam.
Byłam nawet gotowa mu kibicować, kiedy pojawił się Ander, co u mnie rzadko się zdarza. Stary, przystojny przyjaciel kontra nowy, intrygujący nieznajomy, ten drugi zawsze ma u mnie większe szanse.
Niestety (lub stety?) coś musiało się wydarzyć, co zmieniło diametralnie moje nastawienie do niego. Chyba nie tylko moje, ale każdego, kto tę książkę przeczytał. Chłopak pozostaje postacią, której odbiorca nie jest
w stanie rozszyfrować. Wątek niezwykle enigmatyczny, a po przebrnięciu przez epilog, czułam mocną potrzebę natychmiastowego zagłębienia się
w tom drugi.

Ander to taki chłopak idealny. Inny niż wszyscy. Samotny, intrygujący, przyciągający uwagę. Niewątpliwie przyciągnął również uwagę Eureki,
bo jakże inaczej. Zdecydowanie na plus jest to, że Eureka i Ander zbliżali się do siebie stopniowo, choć kiedy już to zrobili, mam wrażenie, że wszystko potoczyło się zbyt szybko. Właściwie z opisu książki można wywnioskować, że chłopak będzie bardzo kluczową postacią, a wcale tak nie było. Zabrakło mi rozwinięcia jego wątku.
Więcej wspominany był Brooks, który w opisie jest wymieniony zaledwie raz i to jako mało obiecujący bohater. Być może w części drugiej autorka bardziej nam go przybliży, co byłoby rzeczą naturalną: w Łzie skupiła się na zaprezentowaniu postaci, a w Wodospadzie na ich aktywizacji.

Większość osób zachwyca się okładką. Muszę przyznać, że kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy (nie na żywo) nie wywołała u mnie bardzo pozytywnych emocji: ot, zwykła okładka, ładna, ale bez rewelacji.
Dopiero w trakcie czytania zaczęłam dokładnie się jej przyglądać i właśnie wtedy dostrzegłam jej piękno i oryginalność- idealnie odwzorowuje treść. Nie lubię, kiedy na okładce przedstawiony jest główny bohater, uważam,
że to narzucanie nam jego wyglądu, a przecież książki są właśnie po to, abyśmy sami go sobie wyobrażali. Natomiast dziewczyna znajdująca się na okładce Łzy naprawdę bardzo pasuje mi do wizji wyglądu Eureki.
Za to duży plus.
Na końcu powieści znajduje się krótki wywiad z Lauren Kate, którego przeczytanie dostarczyło mi dużo radości, a nawet zmotywowało do pisania.
Podsumowując, pozycja warta przeczytania, nie tylko dla miłośników fantasy.

21. Gayle Forman - Wróć, jeśli pamiętasz

Recenzję dedykuję Rołzi. :)

Tytuł: wróć, jeśli pamiętasz
Tytuł oryginalny: Where she went
Autor: Gayle Forman
Tłumaczenie: Hanna Pasierska
Wydawnictwo: Nasza księgarnia
Ilość stron: 283
Moja ocena: 8 / 10

OPIS Z OKŁADKI
Minęły trzy lata od tragicznego wypadku, który na zawsze zmienił życie Mii. Chociaż dziewczyna straciła rodziców
i młodszego brata, postanowiła żyć dalej. Obudziła się ze śpiączki... ale zniknęła
z życia Adama. Teraz żyją osobno po dwóch stronach Ameryki - Mia jako wschodząca gwiazda wśród wiolonczelistek, Adam jako rockman,
idol nastolatek i obiekt zainteresowania tabloidów.
Pewnego dnia los daje im drugą szansę...
Przemierzając ulice Nowego Jorku, miasta, które stało się nowym domem Mii, wyruszą w podróż w przeszłość.
Czy uda im się odnaleźć miłość? Czy Mię i Adama czeka wspólna przyszłość?

~~~~

Chyba nieczęsto zdarza się, żeby druga część była lepsza od pierwszej. Tak właśnie jest w tym przypadku. Chociaż Zostań, jeśli kochasz to książka niezwykle poruszająca, bardziej przemawiała do mnie jej ekranizacja, co 
u mnie jest rzadkością. Pewnie minęłoby naprawdę dużo czasu, nim część druga trafiłaby do mnie, gdyby nie to, że mi ją podarowano. Tak więc nie pozostało mi nic innego jak zagłębić się w dalsze losy Mii i Adama. Ogromnie się cieszę, że przeczytałam Wróć, jeśli pamiętasz- jest to jedna 
z tych pozycji, dla których warto przebrnąć przez tom pierwszy, aby doczekać się tak cudownego podsumowania tej niezwykłej historii. 
Na początku zaskoczyło mnie to, iż w części drugiej wszystko widzimy 
z perspektywy Adama. Muszę przyznać, że na początku w ogóle nie byłam co do tego zorientowana i rozpoczynając rozdział pierwszy, byłam przekonana, że narratorem jest Mia. Rozwiązanie dobre dla odbiorcy, bo jak przypuszczam, większość była bardzo ciekawa, jak wydarzenia po wypadku odbierał chłopak bohaterki. W trakcie lektury teraźniejszość jest przeplatana z retrospekcjami, więc nic nie pozostaje niewytłumaczone, a wszelkie wątpliwości, które się pojawiły, z pewnością rozwiązane. 
Niektóre rozdziały rozpoczynają utwory z albumu zespołu Adama - kilka zdań, które potrafią skłonić do pewnych refleksji. Jeżeli wciąż wahacie się, czy sięgnąć po Wróć, jeśli pamiętasz będę bardzo usatysfakcjonowana, kiedy dzięki mojej recenzji przekonacie się to tej książki.

,,Musiałam kogoś nienawidzić, 
a ciebie kochałam najmocniej, więc padło na ciebie".

P.S. Pamiętajcie o komentowaniu! To największa motywacja do działania dla autora. :)

20. John Green - Gwiazd naszych wina


Tytuł: Gwiazd naszych wina
Tytuł oryginalny: The Fault In Our Stars
Autor: John Green
Tłumaczenie: Magdalena Białoń- Chalecka
Wydawnictwo: Bukowy Las
Ilość stron: 310
Moja ocena: 9 / 10

OPIS Z OKŁADKI
Hazel choruje na raka i mimo cudownej terapii dającej perspektywę kilku lat więcej, wydaje się, że ostatni rozdział jej życia został spisany już podczas stawiania diagnozy.
Lecz gdy na spotkaniu grupy wsparcia bohaterka powieści poznaje niezwykłego młodzieńca Augustusa Watersa, następuje nagły zwrot akcji i okazuje się,
że jej historia być może zostanie napisana całkowicie na nowo.



         ~~~~

Właściwie nie mam pojęcia, co mogłaby zawierać recenzja tak kultowego
i rozpowszechnionego na całym świecie tytułu. Jestem w stu procentach pewna, że każdy z Was albo tę książkę już przeczytał, albo obejrzał jej ekranizację, albo po prostu o niej słyszał.
Jakiś czas temu wspominałam, że nie jestem skłonna sięgać po bestsellery, a tu proszę: kolejny z nich. Cóż, ratuje mnie chyba tylko to, że każdy książkoholik zapoznał się z twórczością John'a Green'a, więc bądź co bądź, uznałam Gwiazd naszych wina za pozycję obowiązkową. I z pewnością nie żałuję jej przeczytania. Piękna i poruszająca - o tym pewnie już przekonaliście się sami,  lub przeczytaliście o tym... w co drugiej recenzji.
Nie będę oryginalna i nie przedstawię Wam innych, pozytywnych aspektów tej lektury. Podejrzewam, że została ona "dogłębnie zbadana" przez miliony czytelników i każdy z nich wyniósł z niej coś innego.
Po prostu ją przeczytajcie. Wtedy z pewnością zrozumiecie, dlaczego jest tak wyjątkowa.

19. Kiera Cass - Jedyna


Tytuł: Jedyna
Tytuł oryginalny: The One
Autor: Kiera Cass
Tłumaczenie: Małgorzata Kaczorowska
Wydawnictwo: Jaguar
Ilość stron: 329
Moja ocena: 9 / 10

OPIS Z OKŁADKI
America Singer jest jedną z czterech 
dziewcząt, które utrzymały się w ścisłej czołówce Eliminacji.
Ukochana przez zwykłych ludzi,
znienawidzona i bojkotowana przez obecnego króla,
dziewczyna wciąż nie jest pewna swych uczuć.
Sytuacja w kraju pogarsza się z każdym dniem.
Ataki rebeliantów stają się coraz bardziej zaciekłe.
Śmiertelne niebezpieczeństwo grozi nie tylko osobom
zebranym w pałacu, ale także ich rodzinom...

Los całej Illei może spoczywać właśnie w rękach Ami-
jedynej osoby na tyle odważnej, by mówić głośno
o społecznej niesprawiedliwości i potrzebie odmiany.

Czy dziewczyna powróci do swej dawnej miłości,
czy wybierze Maxona i zdecyduje się zostać królową,
by podjąć walkę o lepszy świat dla siebie i dla wszystkich
mieszkańców Illei?

~~~~

Ostatnia część... ( zaraz, podobno będzie tom 4, lecz z tego co wiem, odbiega on nieco od fabuły przedstawionej w tych trzech tomach, więc uznaję Jedyną za ostatnią część trylogii).
Przede wszystkim muszę podkreślić, iż autorka zaserwowała swoim czytelnikom coś naprawdę wspaniałego - jestem pewna, iż większość odbiorców jest zauroczona podsumowaniem przebiegu Eliminacji, jak 
i dylematów sercowych głównej bohaterki. Ostatnie strony doprowadziły mnie niemal do płaczu.

,,Złam mi serce. Złam je tysiąc razy, jeśli zechcesz. 
Możesz z nim zrobić, co chcesz, bo należy tylko do ciebie."

Bardzo dobrze, że w trylogii występują różne, istotne wątki; ataki rebeliantów, trudna sytuacja społeczna, czy chociaż sama postać księcia Maxona - dla mnie był on intrygującym bohaterem, którego trzeba było poznać i  rozszyfrować, by przekonać się, że nie jest typowym księciem. Natomiast Ami, główna bohaterka, mogła być dla niektórych czytelników utrapieniem. 
Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, abym nie zżyła się z głównym bohaterem, ponadto, kiedy narracja jest pierwszoosobowa - całkowicie się 
z nim utożsamiam. Owszem,niektóre decyzje Ameriki całkowicie nie zgadzały się z moim tokiem myślenia, lecz mimo wszystko jestem skora zaliczyć ją do grona moich ulubionych bohaterów literackich. 
Jak zwykle, pochłonęłam ją w (nie)zaskakująco szybkim tempie, ale tym razem próbowałam się delektować wszystkimi dialogami i opisami, zdając sobie sprawę, iż kiedy sięgnę po tę część drugi raz, nie spotkam się 
z podobnymi odczuciami.
Podsumowując, Jedyna spełniła moje wymarzone oczekiwania odnośnie zakończenia Selekcji- jestem za to ogromnie wdzięczna pani Cass! Jeżeli faktycznie pojawi się Następczyni, bez wahania po nią sięgnę. 

P.S. Jak już kiedyś wspominałam w recenzji Rywalek, koło takich okładek nie można przejść obojętnie. Warto mieć takie cudeńka na półce, chociażby po to, żeby cieszyły one nasze oko! ;)

16. Caitlin Kittredge - Żelazny Cierń


Tytuł: Żelazny Cierń (tom 1)
Tytuł oryginalny: Iron Codex 1: The Iron Thorn
Autor: Caitlin Kittredge
Tłumaczenie: Grzegorz Komerski
Wydawnictwo: Jaguar
Ilość stron: 452
Moja ocena: 8 / 10

OPIS Z OKŁADKI

W świecie maszyn, parowych silników 
i potężnych mostów, gdzie każdy krok kontrolują Nadzorcy, Aoife czeka, aż nekrowirus, który wpędził w szaleństwo jej najbliższą rodzinę, dosięgnie także i ją. Nie ma ucieczki przed śmiertelną chorobą... Póki jednak Aoife może samodzielnie myśleć, póki krew w jej żyłach płynie, dziewczyna uczy się w szkole dla inżynierów wymarzonego fachu. Ale choć stara się trzymać z daleka od kłopotów, bez wahania odpowiada na rozpaczliwy list od zaginionego brata.
Conrad uciekł z domu w dniu szesnastych urodzin. 
Dziewczyna, w towarzystwie przyjaciela, Cala, oraz dziwnego przewodnika, Deana, wyrusza do posiadłości swego zaginionego ojca, jedynego miejsca, do którego mógł udać się Conrad. Niebezpieczna wyprawa przynosi Aoife wiedzę, której posiąść nie powinna i która ściąga na nią 
śmiertelne niebezpieczeństwo.

***
Chciałabym Was szczególnie zachęcić do przeczytania tej powieści. 
Jest tego naprawdę warta, a założę się, że większość czytelników nigdy 
o niej nie słyszała. Poniekąd to dobrze, że nie jest ona jednym 
z bestsellerów, których recenzje można spotkać na co drugim blogu książkowym, ale mimo wszystko, czuję niedosyt, że tak dobra książka nie jest dostatecznie... sławna. 
Po oryginalne lektury sięgam bardzo chętnie, więc na wstępie zaznaczam, że Żelazny Cierń jest taką pozycją. Fantazja autorki sięgnęła zenitu- niesamowite miejsca oraz postacie wywarły na mnie ogromne wrażenie. 

,,Nie mamy w życiu zbyt wiele czasu, a i tak często go marnotrawimy 
na rozmyślania i wątpliwości''.

Czy jest to książka pouczająca? Hm, w zasadzie nie. Jako, że mamy do czynienia z gatunkiem fantasy, trudno tutaj o ambitną lekturę, gdyż sytuacje z życia wzięte występowały tutaj rzadko. Ale nie można brać tego w dużej mierze pod uwagę, gdyż sama lektura sprawia mnóstwo przyjemności, trzyma w napięciu, a zakończenie jest... nieprzewidywalne. Podobnie jak przy Laili Winter, sądzę, iż miłośnicy fantasy nie mogą ominąć tej serii (chociaż, niestety, nie znalazłam żadnych kluczowych informacji na temat drugiego tomu). Dobra książka, polecam! :)

11. Kiera Cass - Elita


Elita, czyli kontynuacja Rywalek.

Tytuł: Elita
Autor: Kiera Cass
Ilość stron: 326
Moja ocena: 7/7

OPIS Z OKŁADKI
Niepokorna Ami Singer jest jedną z sześciu kandydatek,
które pozostały w królewskim pałacu.
Choć planowała być dla księcia Maxona tylko przyjaciółką, jej serce nie chce słuchać rozsądku. Rozdarta pomiędzy tym, co było,
a przyszłością, o jakiej nie mogła nawet marzyć, Ami nie umie
poradzić sobie z chaosem uczuć.

Maxon wydaje się być księciem z bajki- przystojnym, czarującym i wrażliwym, ale to Aspen był jej pierwszą miłością, człowiekiem,
który poznał ją najlepiej.

Napięcie pomiędzy kandydatkami sięga zenitu i Ami ma coraz
mniej czasu, by odkryć, jakiej przyszłości pragnie.

W pewnym momencie panna Singer wpada w poważne tarapaty,
robiąc coś, co może poważnie wpłynąć na jej dalsze losy.
Czy Maxon zdoła ochronić ją przed gniewem ojca?

***
Druga część intryguje, zaskakuje, a nawet...szokuje, ale na pewno nie rozczarowuje!
America, ciągle nie zdecydowana, zaczyna lekko irytować. Na szczęście jej ciągłe zmienianie zdania, nie udzieliło się mnie i chociaż Maxon w tym tomie nie był tak zachwycający, jak w pierwszym i tak pozostaję jego wierną fanką. Nasz książę zachowywał się nadzwyczajnie, co nie za bardzo przypadło mi do gustu. Zawsze znalazł jakieś wytłumaczenie, ale czy było szczere? Dziewczyna prosi go szczególnie o czas, ale jak długo wytrzyma jego cierpliwość? Czy nadal zależy mu na Americe tak samo,jak wtedy, gdy  zobaczył ją po raz pierwszy? Odniosłam wrażenie, że przyszły król Illei jakby trochę się wahał, choć gorliwie zapewniał główną bohaterkę o stabilności jego uczuć. Wiem, jak zakończy się wątek miłosny i rozwiązanie wcale mnie nie zaskoczyło. Ta książka należy do tego rodzaju powieści, które pomimo to, że znamy zakończenie, koniecznie chcemy poznać każdy jej najmniejszy szczegół.
Kiera Cass ma talent do przekazywania nastroju, jaki panuje w jej powieściach czytelnikowi. 
Autorka zdecydowanie utrzymała poziom pierwszej części- oby było podobnie w ostatnim tomie, po który muszę sięgnąć w najbliższym czasie... Elita była wspaniałą lekturą i na pewno jeszcze do niej wrócę.

10. Kiera Cass - Rywalki

Treść tej książki ( jak i całej trylogii) jest prawie tak piękna, jak jej okładka.

Tytuł: Rywalki
Autor: Kiera Cass
Ilość stron: 336
Moja ocena: 7/7

OPIS Z OKŁADKI
Zaczęły się Eliminacje, czyli wielki konkurs.
Jego zwyciężczyni zostanie żoną przystojnego księcia, a w przyszłości
władczynią Illei.
Dla trzydziestu pięciu kandydatek, wybranych z terenów całego
królestwa, Eliminacje to także nadzieja na nowe, lepsze życie.
Na życie, w którym nikt nie jest głodny, a każda dziewczyna może
choć przez chwilę poczuć się jak księżniczka. Niezależnie od pochodzenia...
Ami jest Piątką, należy do kasty artystów. Jako jedyna z grona wybranych nie chciała trafić do pałacu.
Dla niej udział w Eliminacjach to koszmar. Oznacza konieczność
rozstania z Aspenem - jej sekretną miłością - i opuszczenie domu.
A wszystko po to, by wziąć udział w morderczym wyścigu o koronę,
której Ami wcale nie pragnie.
Jednak gdy spotyka Maxona, który naprawdę przypomina księcia
z bajki, dziewczyna zaczyna zadawać sobie pytania, czy naprawdę
chce za wszelką cenę porzucić pałac. Być może życie, o jakim
marzyła, wcale nie jest lepsze niż to, którego nawet nie chciała
sobie wyobrazić...

***
Kiedy czytałam wiele różnych recenzji tej książki, spotykałam się dosyć często ze stwierdzeniem, że ustrój Rywalek przypomina Igrzyska Śmierci. Znowu. Czy autorzy naprawdę myślą, że aby ich książka odniosła sukces, potrzeba w niej podobieństw do tej kultowej trylogii? Wręcz przeciwnie, jeżeli chodzi o mnie, doceniam książki oryginalne, choć nie mogę ukryć, że po pozycje, w których jest mowa o podobieństwie do Igrzysk sięgam bardzo chętnie. 

America Singer, nazywana zdrobniale Ami, jest główną bohaterką powieści. Do Eliminacji zgłasza się ze względu na swoją rodzinę - udział w nich ma im zapewnić wysokie wynagrodzenie i znacznie poprawić sytuację materialną. 
Wraz z przyjazdem do pałacu, Ami poznaje księcia Maxona ( zdecydowanie mój ulubieniec! ) Ich znajomość zaczyna się w sposób dość nietypowy, natomiast to, w jaki sposób Maxon się zaprezentował sprawiło, że pokochałam go od początku do końca trylogii. Fabuła jest dobrze przemyślana, książkę pochłania się w bardzo szybkim tempie. Po jej przeczytaniu mogę również stwierdzić, że udzielił mi się ten... królewski nastrój i naprawdę ją przeżywałam. Bohaterowie, tradycje, sukienki, bale, tytuły ( Lady Americo? ) mocno wpłynęły na moją ocenę. Polecam wszystkim!